Być może jedyny moment, w którym możesz poprosić ukochaną osobę o śmierć, jest wtedy, gdy ona już umiera. Dokładnie w takiej sytuacji znalazłam się w Dniu Chorób Rzadkich, siedząc obok mojej siostry Kim w hospicjum. Datą był 29 lutego, anomalia roku przestępnego.
Próbowałam udawać obojętność. „Dzisiaj jest Dzień Chorób Rzadkich” – powiedziałem. Kim, zawsze realista, natychmiast przejrzał moje oszustwo. Wiedziała, że jestem strasznym pretendentem.
Pomysł był prosty, okrutny aż do horroru: Kim umierał z powodu kombinacji agresywnych nowotworów – wyrostka robaczkowego, żołądka i rzadkiego guza jajnika – z prawie zerowymi szansami na przeżycie. Jej walka była niezwykła, ponieważ przetrwała oczekiwania radykalnej operacji (HIPEC), która pozwoliła jej wbrew wszelkim przeciwnościom zabrać synów do przedszkola. Ale teraz rak powrócił i wszystkie metody leczenia okazały się bezskuteczne.
Pytanie nie brzmiało, czy umrze, ale kiedy. Szpital odmówił przeprowadzenia badań na temat jej stanu, uznając, że jest to zbyt rzadkie, aby było warte wysiłku. Chemioterapia tylko ją osłabiła. Kiedy w hospicjum była odurzona narkotykami, powiedziałem: „Zastanawiam się, czy nie będziecie musieli poczekać kolejnych czterech lat, zanim wasi chłopcy obudzą się ponownie 29 lutego”.
Zmusiła mnie do wyznania. – Sugerujesz, że mam dzisiaj spróbować umrzeć?
Udawałem, że jestem urażony, ale oboje znaliśmy prawdę. Nie chodziło o jej śmierć; była to ponura świadomość, że śmierć jest nieunikniona i być może symboliczne zakończenie dnia poświęconego rzadkim chorobom było… właściwe.
Kim przez wiele lat patrzył śmierci w oczy. Poddała się zabiegowi tak ekstremalnemu, że nadano mu przydomek „operacja wszystkich operacji”. Za nią zabrała swoje dzieci do szkoły. Po raz kolejny pokonała los. Ale rak wracał, za każdym razem bardziej bezlitośnie niż wcześniej.
Jej ostatnią granicą były eksperymentalne metody leczenia, które nie działały. Jej organizm zaczął niszczyć własne komórki krwi, zmuszając ją do ciągłego przyjmowania transfuzji. Żartowała, że oddałaby krew do banku krwi, a my zamieniliśmy to w ruch – Quint for Kim – zbiórkę dawców na jej cześć.
Ale nawet po transfuzjach była coraz słabsza. Przerwała leczenie i kolejnym krokiem było hospicjum.
Absurdalność tego wszystkiego uderzyła mnie z całą mocą. Kim, który zawsze miał silną wolę, oferował nawet flirt z gośćmi, gdy był podłączony do maszyn. Nie wyglądała na umierającą osobę.
Zapytałem lekarzy, dlaczego to trwało tak długo, a oni powiedzieli, że poza tym jest zaskakująco zdrowa. Silny umysł, płuca i serce. Ale jej organizm zawodził.
Patrzenie, jak powoli odchodzi, było nie do zniesienia. Może część mnie chciała, żeby to się już skończyło, żeby ból ustał. Dlatego 29 lutego zapytałem ją ponownie: „Spróbuję dzisiaj umrzeć”.
Odpowiedziała: „OK”.
Następnego ranka ledwo się obudziła. 3 marca już jej nie było, trzy dni później niż symboliczny koniec, który sama mogła wybrać.
Ale jej dziedzictwo przetrwało. Akcja darczyńców ustanowiła rekord stanu, pobijając go od tego czasu co roku. Kim, który nigdy nie narzekał, który zawsze służył innym, pozostawił po sobie ostatni akt dobroci. Nauczyła nas, że nawet w obliczu śmierci najważniejsza jest miłość i służba.
Jej pamiętnik podsumowała to: „Nie jesteśmy tu dla siebie. Jesteśmy tu, aby kochać innych i służyć im”. Historia Kim przypomina, że nawet w najciemniejszych chwilach można przebłysnąć wdziękiem i bezinteresownością.
